Iść dziś nie mogę parkową drogą, bo mnie tam dręczą i krzywdę robią. Nie siadam zmierzchem na mojej ławce, bo zaraz wezmą po małej dawce. I tylko żal mi porannej rosy, gdy człek po trawie chodził tam bosy, mgieł się wznosiły ranne opary, przykre, leczbyły, teżtam komary. Nie poddam ciała na pastwe chmarze, by się wyniosły, wciąż o tym marze. a wówczas znowu w parku o świcie, będzie cieszyło człowieka życie.
Uśmiechnij się, bo ja się śmieje. zbyt wiele smutku, los ludzki sieje. Zasiany smutek rośnie obficie, jak chwast się ciśnie wciąż w ludzkie życie. A potem znika, a potem ginie i z twarzy spada, na łeb, na szyje. I znów się dobrze, w życiu nam dzieje, uśmiechnij się, bo ja się śmieje.
Kupiłem wczoraj gumową babę, kupiłem sobie w sex shop-ie, zawsze marzyłem o takiej babie, naprawdę mówię ci chłopie Lecz dzisiaj rano baba mi zwiała, i się udała na lewo. Zawór jej puścił, baba wyrwała i poleciała na drzewo. Tu ostrzeżenie do wszystkich chłopów, sprawdzajcie czy nie felerne, bo jak widzicie, niektóre partie, niestety będą niewierne.
Wiewiórko moja. Ach!
Dzbanuszku złoty. Ach!
Jak jeszcze Ci orzeszki dam
i z domu dziuple zrobię nam.
Czy wejdziesz pod mój dach?
Pewna panna ruda była,
bardzo młoda, urokliwa,
wszelkich zalet miała sto.
Bardzo mi się podobała,
lecz mnie zwrokiem omijała,
bardzo mnie smuciło to.
Miała przy tym fajne piegi,
niweczyła me zabiegi,
a mnie tak kręciło to.
Ale się tym nie zrażałem,
mimo wszystko ją kochałem,
Ach! Kochałem że ho, ho.
Wiewiórko moja. Ach!
Wisieńko słodka. Ach!
Jak zacznę może śpiewać Ci.
Czy stanie się, co mi się śni,
we wszystkich moich snach?
W końcu sobię pomyślałem,
gdy pomysłów już nie miałem,
że nie będzie z tego nic.
Już przestałem adorować,
już zacząłem rezygnować,
a to się okazał pic.
Ona wszystko dostrzegała,
w niepewności mnie trzymała,
tak bawiła ze mną się.
Wkrótce było ślubowanie,
miłość, wierność i dotrwanie,
powiedziała. - Biorę cię.
Wiewiórko moja. Ach!
Słoneczko moje. Ach!
Jak słodko przy twym boku być
i razem tak cudownie żyć,
i tak po całych dniach.